Poszła matka do przedszkola...

/
0 komentarzy
/
9/01/2016






                                    Nie pytajcie jak poszło, bo nawet w najgorszych myślach nie przyszedłby mi do głowy taki scenariusz. Noc już zwiastowała klęskę. Nękały mnie koszmary, które niczym kadry z Hitchcock'a wybudzały mnie ze snu. Słyszałam głosy, które krzyczały "nie wyczyściłaś bucików - winna!", "nie wyprasowałaś bluzeczki - winna!". O drugiej w nocy zerwałam się spanikowana, że nie mam w co dziecka ubrać, chociaż wszystko leżało już przygotowane. Gdzie jest plecaczek?, gdzie są papućki? W ciemnościach traciłam orientację, a tempo mojej paniki wybijał nocny rytm zegara, to już jutro tik, to już jutro tak...
                           
                                Wybiła szósta, wstałam bez podstawowej wiedzy w co włożyć swoje ręce. Wcześniej czekałam na ten moment bez większego stresu, a dzisiaj? rozsypałam cukier, wylałam kawę, rozsypałam płatki chociaż tak bardzo starałam się uważać. W końcu wybudziłam iskierkę szepcząc jej do ucha, że już czas, już czas rozpocząć kolejny etap życia, bo przecież to już, to dziś, to teraz jest już taka duża. Minęło kilka minut, aż w końcu przygotowane na podbój świata ruszyłyśmy w czeluście blokowiska. Ona wesoła i uśmiechnięta, ja bez gruntu pod nogami stąpałam w nieznane, gdzie szatnia, gdzie grupa, gdzie wszystkie misie, które od dzisiaj dzielić będą między siebie wszystkie nowe emocje z jakimi przyjdzie im się zmierzyć.

                                   7.50 wchodzimy do środka. Panuje harmider, chaos niczym na lotnisku w Dubaju. Tablica informacyjna wisi, ale mało z niej rozumiem. Ktoś pokazuję miejsce, szatnia, worek, kapeć i woźna, która niczym strażnik teksasu pilnujący porządku, patrzy na moje guzdranie i pyta czy już?  Boję się odpowiedzieć, zupełnie jak za czasów liceum, kiedy robiąca rewizję w damskich toaletach woźna pytała, czy te papierosy to nasze. Co za stres, czuję się jak humanista na klasówce z matematyki, jak to dziecko we mgle. Odpowiadam niepewnie, że tak, już przebrałam buciki i.... i na te słowa bierze mi Milę za rączkę i z prędkością światła znikają za filarem... Zapada cisza, pustka, jak to, to już? tak po prostu już! Na to nie byłam przygotowana. Nie było buziaków, uścisków, tylko chlast twarde zasady. Mila tak ufnie chwyciła rączkę woźnej, że aż mnie chwyciło za serce. Poszła śmiało, pewnie nie oglądając się za siebie. Nie było czasu na nic, został jedynie czas na smutek. Wiem, że tak jest lepiej, ale na ten moment wściekła klęłam w myślach na wszystkie strony. Myślałam, że będzie jakieś rozpoczęcie, dzień organizacyjny itd. a oni zapytali czy już i po prostu zabrali mi dziecko!
                                          
                                  Z miną zbitego psa wyszłam z przedszkola i zaczęłam płakać. Najpierw cichutko by powoli, na wysokości osiedlowych delikatesów rozryczeć się jak bóbr. Płakałam ze 40minut, jak dziecko, któremu właśnie pękł nowy, festynowy balonik. To jakiś koszmar. Co zrobić z czasem, jak dotrwać do 13stej? Zabrałam się w nerwach za pucowanie mieszkania odliczając każdą minutę, która dzisiaj była wiecznością. Gdy już doszłam do siebie, wiedziałam, że było to najlepsze rozwiązanie i postanowiłam wziąć się w garść. Odbiorę iskierkę pełna optymizmu i radości na twarzy, nie chcę żeby widziała mnie w takim stanie. Dzielnie postanowiłam nie płakać i 12.15 niczym rycerz na białym koniu ratujący swoją księżniczkę ruszyłam w stronę publicznej twierdzy, która z rana tak bestialsko obrabowała mnie z mojego rodzicielstwa. Po córkę... imię...nazwisko...wołają. Wychodzi moja kruszynka z uśmiechniętą buzią przytula się do mnie i mówi "już jesteś, czekałam na ciebie cały dzień " i masz, a miałam nie płakać....






Podobne posty:

Prześlij komentarz