Podróże małe i duże

/
0 komentarzy
/
8/30/2016
                             




                                Wraz z Danielem jesteśmy raczej przewrażliwionymi rodzicami. Nie wiem, czy to wpływ syndromu "pierwszego dziecka", czy późne rodzicielstwo, ale wiem, że z tego przewrażliwienia wiele rzeczy w pierwszych miesiącach życia Milki po prostu nam umknęło. Baliśmy się przede wszystkim wszelkich wyjazdów, a jak zapewne wiecie strach ma tylko wielkie oczy, więc baliśmy się całkiem błahych spraw, min. jak to będzie z karmieniem, usypianiem itd. Dopiero około 2 roku życia, kiedy Mila zaczęła już dobrze mówić, nieco wyluzowaliśmy i zaczęliśmy od jednodniowych wycieczek. W sumie można rzec, że ten wyjazd to nasze pierwsze, wspólne wakacje. Krótkie, bo krótkie ale od czegoś trzeba zacząć:)

                             Spakowaliśmy się więc na 7dni i ruszyliśmy w drogę. Biorąc pod uwagę, że to nasze pierwsze wakacje nie byliśmy mega oryginalni i obraliśmy klasyczny wariat, czyli kierunek Wisła. Mam rodzinę w Ustroniu, więc te tereny nie są mi obce. Wyjeżdżając nie byliśmy nastawieni typowo na chodzenie po górach, bo nie mieliśmy dobrego ekwipunku do takich wycieczek z dzieckiem, mimo to, w lekkich męczarniach udało nam się trochę nacieszyć górską naturą. Mila przez cały czas była tak podekscytowana wszystkim, że mieliśmy spory kłopot żeby ją ogarnąć, tym bardziej, że pierwszy raz widzieliśmy ją w takim amoku, który na zawsze zapamiętamy jako syndrom "pierwszych wakacji":) Towarzyszyła nam też rodzina, kuzyn z żoną i córką, oraz nasza 8-letnia goldenka Aura. Noclegi mieliśmy w willi "Stenia", którą szczerze polecam. Super komfort za naprawdę fajną cenę, no i można mieć ze sobą swojego pupila, co uratowało nam nieco tyłek, bo wszyscy w koło powyjeżdżali i nie mieliśmy z kim naszej psinki zostawić.

                               Zatem poniżej nasza fotorelacja w kilku kardach. W ciągu tych siedmiu dni, tylko jeden dzień lało, więc można rzec, że aura nam sprzyjała i dzięki temu wiele punktów na naszej mapie atrakcji udało nam się zrealizować. Niestety ponownie nie byliśmy oryginalni, więc na liście do realizowania były również same klasyki:)




 Na pierwszy ogień poszła Czantoria, najbardziej znana w okolicy. Mam lęk wysokości, więc razem z Aurą weszłam piechotką. Aura tak zdarła łapki, że dwa dni miała kłopot z chodzeniem, ale i tak jestem z niej dumna, bo jak na psa-mieszczucha dzielnie dała radę.


 Reszta mieszczuchów wjechała kolejką. Z zejściem już było trochę ciężej. Daniel stwierdził, że nie będzie gorszy, więc olał kolejkę i postanowił razem ze mną zejść piechotą, ale z Milą na rękach, więc na samym dole kolana mu już siadały. 


 Widzieliście kiedyś coś takiego?:) ja nie, dlatego sklep piekarniczo-nabiałowy od razu skradł moje serce:)


 A tu już Park leśnych niespodzianek w Ustroniu. Rewelacyjne miejsce dla dzieci. W internetach piszą, że teren jest płaski, ale nie dajcie się zwieść. Kto zabrał ze sobą wózek miał przekichane. W zasadzie my wybraliśmy mniejsze zło, z wózkiem ciężko, bez wózka byłoby jeszcze gorzej:) bo Mila ze zmęczenia słaniała się nam na nogach i co rusz zaliczała jakiś upadek, a że to mała indywidualistka, jedynie szelki od wózka były w stanie chociaż na chwilkę zatrzymać ją w jednym miejscu.


 A w parku masę atrakcji, czyli to,co dzieci kochają najbardziej, zatem były zwierzątka, postacie z bajek, plac zabaw, trampoliny, lody i masa sarenek, które biegają sobie luźno po całym terenie. 


 A w tej pozycji spędzamy CAŁE następne wakacje:)


Daniel solidnie namęczył się z tym wózkiem, ale atmosfera pierwszych wakacji nawet na chwilę nas nie opuszczała. 



To dzień, w którym lało:) 


 A tu zamki w Ustroniu. Jeden z mieszkańców Ustronia wybudował w swoim ogrodzie cały gród, nad którym pracował 5lat, ręcznie przycinając każdą cegiełkę. Ogrom pracy jaki w to włożył naprawdę robi wrażenie. 

Kuzyn ma ponad dwa metry wzrostu, więc fajnie można porównać proporcję. Jak widać miniaturki zamków wcale nie są takie malutkie.


A tu wchodzimy na Baranią górę.

Z Milą na rękach padłam po pierwszym kilometrze, a gdzie tam jeszcze do szczytu?:)

Przydałby się taki stołeczek do siedzenia dla dzieci, który nosi się na plecach. Niestety ekwipunku zabrakło, więc nieśliśmy Milę na zmianę. Jak widać po zdjęciach lekko nie było, ale daliśmy rade. 






Oprócz wycieczek łaziliśmy też po centrum Wisły i Ustronia co rusz zaliczając wszelkie koniki, jeździki, zamki dmuchane, lody, trampoliny itd, także nie pytajcie ile dwuzłotówek żeśmy przepuścili, no ale wiadomo, radość dziecka bezcenna:) Zaliczyliśmy też wieś Istebna (piękne, górskie pejzaże), zaporę na jeziorze Czerniańskim, skocznie Małysza z tarasem widokowym i zamoczyliśmy nogi w Wiśle:) A na koniec zmęczeni wsiedliśmy w pociąg by wyruszyć w drogę powrotną:)


Powroty również mają swój urok:) a na następny wypad uzbroimy się w podwójną dawkę cierpliwości:)








Podobne posty:

Prześlij komentarz