Matura

/
0 komentarzy
/
5/03/2015


                                      Maj, majówki, kasztany, matury. W domu ojciec zawsze nas gonił do książek. Nie potrafiłam iść do szkoły, jeśli nie nauczyłam się na bieżące zajęcia. Z jednej strony jestem ojcu wdzięczna, bo wypracował we mnie jakąś samodyscyplinę. Z drugiej strony tak bardzo tego nienawidziłam, że z perspektywy czasu wiem, że uczyłam się tylko po to, by mieć święty spokój. Tak to działało. Mogłam robić co chciałam. Były piątki, czerwone paski, stypendia, była i wolność. Mimo tego nie jestem dobrym przykładem perfekcyjnie zdanej matury. Oj nie. O ile matura z polaka i języka niemieckiego poszła gładko, o tyle matura z historii już od samego progu skazana była na porażkę. Spóźniłam się. Sama nie wiem, jak to się stało. Frywolnie paliłam sobie w domu papierosa powtarzając jeszcze jakieś szczątkowe, wymemłane do granic możliwości notatki, kiedy zadzwonił domofon. To była moja wychowawczyni. Krzyczała coś do słuchawki, ze stresu nic nie zrozumiałam. Nie zdążyłam przewietrzyć mieszkania, nie zdążyłam się przebrać, do spodni dresowych w wersji po domu drapnęłam tylko marynarkę i misia, który miał mi przynieść szczęście. Nie przyniósł. Później zdarzyło mi się spóźnić na jeszcze wiele ważnych momentów w moim życiu. Spóźniłam się na obronę pracy licencjackiej z dziennikarstwa, spóźniłam się także na swoją obronę magistra z filozofii. Nie z lenistwa, nie z gramolenia, po prostu tak całkiem szczerze zapomniałam, że wypadało to w danym dniu, o danej godzinie. Wnioski z tego są takie, że dzisiaj zamiast treści egzaminów, to właśnie te historie najbardziej pamiętam, bo szkolna nauka często idzie w las, a karma w genach pozostaję - moja córka też zdążyła się już spóźnić na swoje najważniejsze wydarzenie, urodziła się 10dni po terminie.












spodnie, sweter SH
kurtka H&M

photo Zielony Wąż


Podobne posty:

Prześlij komentarz