Kreując swój wizerunek i styl przez wiele lat ciężko było mi zrozumieć idee mniej znaczy więcej. Tym bardziej, że większość tzn kolorowych magazynów wciąż serwuje nam tak szalone stylizacje, że na dobrą sprawe nie wiadomo co jest rękawem,  gdzie jest nogawka i czy strój wogóle nadaje się do chodzenia. Taka tendencja spycha pewien codzienny styl na margines, wmawiając odbiorcy, że strój musi być wyrazisty, wyróżniający się i absolutnie nie może być nudny, czyli prosty t-shirt plus jeansy zdecydowanie trącą banałem. Zatem kierując się tymi sugestiami przez lata zawsze kupowałam najbardziej wzorzystą sukienkę, najbardziej odjechaną bluzkę, spodnie koniecznie we wzory, do tego agresywne, biżuteryjne dodatki itd. Tym sposobem moja szafa krzyczała wzorami, dziwnymi krojami, fakturami i w zasadzie miksując to wszystko wyszedłby mi pewnie niezły zestaw, którego nie powstydziłby się żaden fashionweek. Do dzisiaj pamiętam jeden z moich zestawów inspirowany Cyndi Lauper, czyli cekinowa sukienka na jedno ramię, koronkowe rajstopy, czarne botki, koronkowe rękawiczki bez palców i pseudo perłowe bransoletki na rękach, po 6/7sztuka na każdej! do tego fryzura potraktowana frytkownicą! oj było wesoło!
                                   Ale cóż z tego, skoro idąc tylko po bułki nie miałam się w co ubrać. W mojej garderobie kompletnie nie było żadnej bazy. I chociaż lubiłam ten swój kosmiczny styl, to coraz bardziej dojrzewałam do pewnych podstawowych zasad dobrej stylizacji. 



Mniej znaczy więcej - proste zestawy podkręcone jakimś jednym, niebanalnym dodatkiem będą o wiele bardziej wymowniejsze i ciekawsze niż panerka w połączeniu z kratką, kropkami i ćwiekami.


Baza - tutaj temat okazał się prosty. Ideał krzykliwej bluzki sięga bruku wtedy, kiedy każdy element stroju jest równie wyrazisty. Idea takich wyborów ma sens, tylko wtedy, jeśli reszta stroju jest na tyle stonowana, że krzykliwa bluzka wychodzi w stylizacji na pierwszy plan.


Klasyka - Nie musi być nudna. Wystarczy wybrać płaszcz o klasyczny kroju, ale w oryginalnym, nieszablonowym kolorze. Jeśli biała koszula, to z ciekawym pomysłem na kołnierz, mankiety, może o asymetrycznym kroju. 


Buty - Z butami również sprawa wygląda ciekawie. Kiedyś, kupując obuwie kierowałam się zasadą, że najlepiej aby but był w neutralnym, czytaj czarnym kolorze, bo wtedy będzie pasował do wszystkiego. To był olbrzymi błąd, bo proporcje powinny być odwrócone o 360stopni. Baza/klasyka + odjechane dodatki, a nie misz masz zwieńczony czarnymi butami. I chociaż od dawna wiemy, że diabeł tkwi w szczegółach i ubiera się u Prady, to wciąż na ulicach przeważa jednak wybór tego czarnego obuwia. Szkoda, bo to już nie te czasy, kiedy buty miały nam służyć milion lat, poza tym ceny sieciówkowych propozycji nie są aż tak wygórowane, więc czemu nie pokusić się czasem o kupienie jakieś fikuśnej pary, która ożywi nawet najbardziej nudną stylizację. 


Dress code - czyli ubieraj się stosownie do okazji bez względu na to, jak bardzo lubisz Cyndi Lauper.


Nonszalacja - To nasz indywidualny sposób w jaki nosimy daną rzecz. Pewien luz, wygoda, które pozornie wydają się być niedbałością, a tak naprawdę są bardzo dokładnie przemyślane. Poprzez sposób w jaki ubieramy daną rzecz nadajemy stylizacji swój charakter dodając jej naturalności z jaką  nosimy ubrania. Bez wymuszenia, bez udawania. To pierwiastek, który przede wszystkim wynika ze świadomości w czym nam dobrze i w czym czujemy się najlepiej. 


Schludność - Nawet najdroższa i najlepszej jakości bluzka nie będzie prezentować się okazale, jeśli będzie wymięta, dlatego dbałość o detal to bardzo istotna kwestia. 


Dodatki - Czynią cuda i dają duże pole do szaleństwa. Często są przysłowiową kropką nad "i" całej stylizacji. I mowa tu nie tylko o torebkach, butach, apaszkach, kapleuszach, czy biżuterii. Ciekawym dodatkiem zwieńczającym cały zestaw może być również manicure w ciekawym, kontrastowym kolorze, albo szminka na ustach.


Zasada przeciwieństw - Przeciwieństwa jak wiadomo lubią się przyciągać, zatem warto budować swoją stylizację na podstawie tej zasady. Czyli zwiewne sukienki łączymy z ciężkimi butami, do jedwabnej koszuli zakładamy militarny żakiet, jeśli sweter vintage to w połączeniu z nowoczesnymi dodatkami. Jeśli góra stroju jest ciężka, dół powinien być lżeszy itd. Balansowanie między stylami, fasonami, deseniami daje nam przewage, dzięki której strój nie jest monotonny i przewidywalny. 



Wprowadzając w życie tych kilka zasad napewno każdej z Was będzie łatwiej okiełznać swoją szafe i codzienne, ubraniowe wybory. Ja sama również nieustannie się ich uczę. 














koszula, spodnie /Second Hand

photo Daniel








                             Przyznam Wam się szczerze, że interesując się modą okrutnie nie cierpie dwóch terminów, które w zasadzie są jej filarami. Mowa o inspiracji i stylu które krzyczą do nas ze wszystkich magaznów, blogów i portali poświęconych tej tematyce. W mojej ocenie są to terminy, które tak naprawde niczego nam nie ułatwiają w drodze do rozumienia mody, a wręcz przeciwnie, potrafią pierońsko utrudnić nam to i tak już skompilowane (czytaj: nie mam się w co ubrać) modowe życie.

Inspiracja

                   Inspiracja sama w sobie straciła pewne walory natchnienia i kreatywności, na rzecz masowości. Wszystko ma nas inspirować, wszedzie można znaleźć inspirację, każdy dzień może być tą inspiracją i wogóle wszyscy jesteśmy cudownie wspaniali i inspirujący. Co ciekawe współczesna inspiracja doszła do takiego poziomu masowości, że w tym całym procesie "inspiruj się" wszystkie wnętrza kuchni jakie przewijają mi się na instagramie są urządzone identyczne i wszystkie  inspirujące It Girls nagle wyglądają tak samo. Zatem gdzie ta inspiracja?   


Styl

                        A jak to jest ze stylem? Czy jest jakiś złoty środek do bycia stylowym? czy po prostu jedni się z tym rodzą, a inni nie? Ja sama miałam bardzo duży problem ze zdefiniowaniem swojego własnego stylu. Ba! nawet popadłam przez to w całą gamę kompleksów, bo w tym wielkim morzu inspiracji utonełam na tyle, że w pewnym momencie nie wiedziałam czy coś podoba mi się dlatego, że jest w moim guście, czy po prostu dlatego, że jest na to moda i podoba się to wszystkim. Zatem kiedy przyszła kulminacja modowego obłędu wkurzyłam się na tyle, że pozamykałam wszystkie strony, pokasowałam obserwowane konta, powyrzucałam gazety, czyli jednym słowem poszłam na detoks, który pozwolił mi odciąć się od wszystkich aktualnych trendów i must have'ów. Dzięki temu mogłam w spokoju zastanowić się nad sobą, nad tym co tak naprawdę lubię, w czym czuje się dobrze, a co kompletnie mi nie pasuje. 

Zrobiłam z tego punkt wyjścia do dalszych poszukiwań, bo odkryłam, że po kilkunastu dniach takiego detoksu, moja subiektwyna ocena własnego odbicia w lustrze znacznie się podniosła. Dlaczego? bo do nikogo się nie porównywałam. Tutaj przychodzi na myśl znienawidzona inspiracja. Im więcej jej chłoniesz, tym bardziej ona Cie  pochłania, bo zaczynasz wszystko porównywać. Nagle przestaje podobać Ci się twoje mieszkanie, ciuchy, fryzura, makijaż i pyk ... po Tobie. 

Dlatego styl to przede wszystkim akceptacja i znajomość siebie, która daję nam pewność, że w danych ciuchach, fasonach czujemy się po prostu dobrze. Jeśli czuję, że w duszy gra mi rock, swobodnie będę się czuła we wszystkim co oddaje ducha tej muzyki. Jeśli jestem fanką sportu bardziej odnajdę się w wygodnych, casualowych spodniach niż opiętych, skórzanych rurkach. Jeśli mam duszę romantyka bliżej mi będzie do sukienek w typie boho, niż do punkowskich ćwieków. Nie oznacza to wcale, że musimy codziennie wyglądać tak samo, bo oczywiście warto jest ekspermentować z modą, np miksując style, albo dodając do naszego schematycznego wyglądu jakieś wisienki na torcie w postaci modnych w danym sezonie kolczyków, apaszki itd. Wtedy całość napewno nabierze świeżego charakteru.

Nie warto również popadać w skrajności i szufladkować się w jakimś konkretnym stylu, bo to również w pewien sposób usypia naszą kreatywność i nie pozwala wyjść poza własną strefę komfortu. Ja w swoim życiorysie przechodziłam kilka różnych etapów i fascynacji. Była hipisem, miłośnikiem stylu grunge, nosiłam dredy i całą palete kolorów na sobie, przeszłam faze stylu klubowego, glam rocka, Cyndi Lauper, skończywszy na ciężkim, metalowym wyglądzie. Swój obecny styl, również określiłabym jako wypadkowa elegancji, rockowego stylu i pewnych elementów zapożyczonych z estetyki Boho.

Zatem odpowiadając na pytanie, czy jest złoty środek do bycia stylowym? Czy po prostu jedni się z tym rodzą, a inni nie? Odpowiedź jest prosta, styl można wypracować i można się go w pewien sposób nauczyć,  ale w pierwszej kolejności musimy poznać i nauczyć się samych siebie. Musimy znaleźć dla siebie jakiś charakteryzujący nas element, którym mogą być nasze zainteresowania, muzyka, styl życia jaki prowadzimy itd. czyli coś, co będzie całkowicie nasze, a przez to nas wyróżniające. Jeśli znajdziemy już taki akcent, zróbmy z niego wspólny mianownik naszego wyglądu. W ten sposób, dzięki konsekwencji w jego powtarzaniu, zaczniemy kszałtować swój własny, indywidualny styl.

















                                  

                   Jest taki odcinek kucyków Pony, który razem z Milą oglądamy nałogowo, i również nałogowo się na nim wzruszamy. Odcinek opowiada o głównej atrakcji festiwalu pomocnych kopytek, którą ma być występ największej gwiazdy muzyki w Equestrii, a mianowicie Hrabiny Koloratury (uwielbiam to nazewnictwo♥). Pomijając, że faktycznie ów gwieździe ktoś podłożył w dubbingu cudny głos, to odcinek opowiada o tym, jak pod wpływem różnych czynników zaczynamy się zmieniać i zatracamy siebie, tworząc sztuczny obraz naszej osoby na potrzeby sławy, adoracji, aplauzu. Pierwszy występ Hrabiny podkręcony jest światłami, efektami dźwiękowymi, świetną oprawą wizualną, taneczną. Taka oprawa występu wymaga olbrzymiej pracy sztabu kucyków, w tym managera gwiazdy, który uważa, że występ Hrabiny nie byłby tak samo dobry, gdyby nie ów elementy. Jest tego tak pewny, że upewnił w tym rówież samą gwiazdę, która zapomniała o swoim naturalnym wdzięku i talencie i uwierzyła w to, że bez tej oprawy nie ma nic i nie byłaby tak dobrą Hrabiną Koloraturą. 
                               Na szczęście kucyki pony to opowieść o przyjaźni, więc przyjaciele uświadamiają hrabine, że najpiękniejsza i najbardziej prawdziwa jest wtedy, kiedy jest po prostu sobą. Odcinek wieńczy występ już nie Hrabiny Koloratury, która została stworzona przez swojego managera, a Rary, która śpiewa swoim naturalnym, czystym głosem prosto z serca. 
                  Jak wiadomo w każdej bajce jest ziarno prawdy.  A sedno tej bajki to taka metafora współczesności, w której na potrzebe kliknięć przedstawiamy siebie w przerysowanym świetle z całą gamą różnych detali pozbawionych prawdziwej rzeczywistości tylko dlatego, że wydaje nam się, iż jest to lepsze i piękniejsze niż sama rzeczywistość. Mnie też się kiedyś tak wydawało. Robiłam mocny makijaż, ubierałam się ekstrawagancko, często tylko i wyłącznie na potrzebę samego wyróżnienia się w tłumie. Czy byłam w tym wszystkim sobą, w pewnym sensie na pewno tak, ale wynikało to również z tego, że byłam przekonana iż bez tych atrybutów jestem zbyt zwyczajna, żeby być wyjątkowa. Czyż to nie chore? Czyż nie w chorą stronę idzie świat, który każde nam w ten sposób o sobie myśleć, który wymaga abyśmy stale byli ponad przeciętność, stale prześcigając samych siebie? Ja w tym wyścigu doszłam do momentu, w którym nie wiedziałam jakie jest moje własne zdanie, co mi się podoba, co czuje, do czego zmierzam. Najpierw wpadłam w panikę, a później przyszła refleksja, że to, co zwykłe, proste, codzienne, rutynowe, również jest wyjątkowe. Zatem jeśli myślisz, że nic nie możesz zmienić, zmień myślenie. I choć na początku drogi była to rzecz ciężka do z realizowana, to z perspektywy czasu, nie mogę uwierzyć jakież to kurwa było proste! 
                              A odcinek szczerze Wam polecam bo bardzo pozytywnie nastraja. 
                                 



                                       


 bomber/Bershka
spodnie Cropp
koszula Second Hand
torba, botki CCC

photo Daniel


                                           


                                       Wychodzę z założenia, że charakter można kształtować całe życie. Wiele cech można skorygować, a nawet całkiem zlikwidować, jeśli tylko potrafimy spojrzeć na siebie świadomo i bezkompromisowo. W zasadzie ta samoocena to najcięższy element zmiany. Świadomość, że jest nam ona potrzebna. Bo jakże o wiele łatwiej jest powiedzieć "taka jestem i już" niż faktycznie rozprawić się z sobą w bezlitosny sposób. 
                                       Jakiś czas temu byłam w takim momencie życia, w którym nic mnie nie cieszło, na wszystko narzekałam, marudziłam przy każdej lepszej okazji. To marudzenie zatruwało moje środowisko, ale co najgorsze zatruwało mnie samą. Sprawiało, że byle pretekst był w stanie popsuć mi nastrój. Wpadałam w histerię jak małe dziecko, które nie potrafi przebrnąć przez cierpliwość, bo wszystko chce mieć na już i na teraz. Zupełnie jakby manna z nieba spadała. A wszystko wymaga jednak spokoju, pracy i cierpliwości. I przede wszystkim działania, bo w zasadzie mobilizacja do zmian jest tym drugim kluczowym aspektem. Ławiej jest marudzić, że chce się coś zmienić nie robiąc nic w tym kierunku, niż ruszyć swoje cztery litery i zrobić krok do przodu. 
                                      Ja w końcu ruszyłam, choć nie było łatwo, bo jednak gdzieś tam w środku ciężko jest siebie obarczać winą za niepowodzenia, ale jest to nieuniknione, bo żeby coś zmienić, trzeba zrozumieć i zauważyć te potrzebe zmiany i uświadomić sobie, że miejsce w którym się znajdujemy to tylko i wyłącznie suma naszych własnych wyborów. Bo prawda w tej swoje prostocie jest równie brutalna jak prognoza pogody w środku zimy, nikt za nas świata nie zmieni, niestety, a może i zwłaszcza również tego naszego. 









t-shirt, kurtka Mango
spodnie H&M

photo Daniel







                                      Dzisiejszy zestaw, za wyjątkiem butów i paska, w całości skompletowany jest z ciuchów znalezionych w second handach i to wieki temu. Czemu o tym wspominam, bo jak się okazuje mało korzystam z rzeczy nabytych stosunkowo niedawno, czytaj czerwcowa, grudniowa wyprzedaż, a sięgam po stare, wysłużone ubrania. Nie wiem czy to kwesia tego, że kupowanie samo w sobie nie sprawia mi jakieś szczególnej przyjemności, czy fakt, że obecnie kupuje coś po to, żeby to mieć, a nie z tego korzystać. Pod pewnymi względami moja świadomość konsumenta kuleje, wedle zasady, im więcej możliwości, tym bardziej gine w oceanie nietrafionych wyborów. Tak właśnie stałam się konfekcyjnym inwalidą, który nie potrafi wykorzystać swoich zasobów, ale w każdej nowej rzeczy, sugerując się hasłami modowych influencerek, wypatruje stylizacyjnego odrodzenia szafy i koło się zamyka. Dlatego jestem na etapie poszukiwań wyjścia z tej całej sytuacji i nie chodzi tu o nagłe kultywowanie filozofii minimalizmu, w myśl idei wyrzuć wszystko i kup nowe, ale lepszej jakości. Chodzi raczej o obudzenie własnego potencjału i kreatywności, która drzemie gdzieś na dnie szafy, przytłoczona nieoderwanymi metkami. 





Kurtka/koszula/spodnie SH
buty Deichmann

photo Daniel