Moda sama w sobie często pozornie oceniana jest w kategoriach próżności. Ten temat zawsze budzi duże kontrowersje zwłaszcza wtedy, kiedy pojawia się artykuł o jakieś topowej blogerce lub celebrytce, który ujawnia olbrzymie zasoby jej garderoby. A jeśli nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze i ich ilość wydaną na pojedyńczą pare butów, jak również na te pozostałe setki par, które dla potencjalnego zjadacza chleba niczym się od siebie nie różnią. To zawsze budzi skrajne emocje. Z jednej strony spoglądamy z zazdrością na ten świat można by rzec przepychu, z drugiej, gdzieś tam z tyłu puka nas w czoło nasza wewnętrzna racjonalistka, która szepta nie odlatuj dziewczyno. 
                                 
                             Mnie również zdarza się tak odlecieć. Kiedy przeglądam chociażby instagrama i przewijają mi się przed oczyma setki różnych stylizacji, w tej konfrontacji zawsze wydaje mi się, że te moje zestawy całkowicie pozbawione są ikry, są płytkie, nijakie i bez polotu. Z drugiej strony, w tej całej pogoni za metką i trendami, nie chcę zatracić w sobie tego pierwiastka radości, który towarzyszły mi wtedy, kiedy zaczęłam tworzyć to miejsce. Więc staram się czerpać pomysły, nie próbując się zbytnio porównywać, by nie popaść w skrajne kompleksy. Skupiam się na tym, by być tą najlepszą wersją siebie tak, by patrząc w lustro mieć przed sobą spójny wizerunek osoby, na którą składa się w końcu tak wiele rzeczy, nie tylko same ubrania. A kiedy napływa mnie fala zwątpienia zawsze powtarzam sobie te motywacyjną sentencję When You Love What You Have, You Have Everything You Need i z reguły pomaga. Dlatego myślę, że w dzisiejszych, trudnych czasach, w których żyjemy w nieustannej presji że wszystko co robimy musi być jakieś, to dobra pointa na resztę dnia, tygodnia i życia... zatem miłego poniedziałku Wam życzę. 











spodnie/Outletstore
tshirt/ Second Hand
buty Reserved 
kurtka H&M

photo Daniel







                                  Byłam w 6stej klasie podstawówki. Wtedy jeszcze namiętnie słuchałam Ace of Base i Kim Wilde, a u moich braci w pokoju wisiał już olbrzymi plakat Ediego. Później wpadł mi w ręce dwupak Guns N' Roses, do ucha wybiórczo wpadały kawałki Europe, a gdzieś w odchłani mieszkania, w tle, leciał Yngwie Malmsteen Angels of love. Tak się to właśnie zaczęło. To była muzyka, która jak żadna inna, wyzwalała we mnie tyle emocji, że czułam, iż ten romans będzie trwał już na zawsze. Kiedy odkrywałam kolejne, kultowe zespoły lat 70, 80 i 90-tych przesiąkałam nie tylko muzyką, ale również tą całą zbuntowaną ideologią, którą wieńczył oczywiście odpowiedni strój. O ile ekscentryczność takich zespołów jak Twisted Sister, Quiet Riot czy KISS nie budziła mojego entuzjazmu, to klasyka, czyli ramoneska, jeansy i ciężkie buty, których synonimem w 1953 stał się Marlon Brando podbiła moje serce od razu. 






źródło pinterest.com

Johnny, główna postać grana przez Marlona Brando w filmie Dziki, był liderem gangu motocyklowego Black Rebels. Od czasów tej ekranizacji jego ubiór, czyli kultowa, motocyklowa kurtka stał się synonimem buntu, który w późniejszych latach przypisywany był motocyklistom, punkom i muzykom rockowym. Wielkim popularyzatorem kurtki był także James Dean, który stworzył kultową kreację w Buntowniku bez powodu, oraz Elvis Presley, który jako prawdziwy miłośnik motocyklów z krwi i kości był także jej wiernym wielbicielem. Na te lata przypada również początek powstawania subkultury Greaserów. Ich nazwa pochodzi od angielskiego słowa grease czyli natłuszczać, naoliwiać i odnosi się do charakterystycznej dla nich fryzury zaczesanej do tyłu na brylantyne. Ich kultowy wizerunek, czyli kurtka zarzucona na biały t-shirt, ciężkie buty i jeansy najlepiej obrazuje musical Grease. Młodzi, gniewni i zbuntowani.


Nieco póżniej narodzili się również pierwsi rockersi, subkultura lat 1958-1965, która funkcjonował głównie w Stanach i Wielkiej Brytani. Swoją nazwę zaczerpneli od rock'n'rolla który w ówczesnych czasach był mocno na cenzurowanym. Rockersi utożsamiali się z buntem wobec społecznych konwencji i wszelkich norm. Żyli pod prąd epatując siłą i agresją. Ich charakterystyczny, buntowniczy wygląd inspirowany był rówież postacią stworzoną przez Marlona Brando, oraz Jamesa Dean'a. Spójrzcie na te fotografie, czyż nie są wspaniałe. Mimo, że Rockersi nie okryli się dobrą historią, dali początek pewnej modzie, która mimo, że w dzisiejszych czasach jest już mocno skomercjalizowana, dalej nosi echo tamtych lat, powiadam Wam to Ja, dziewczyna Harleyowca. 






źródło pinterest.com


Jak widać prym wiedzie skórzana kurtka, której nowy wymiar nadała złożona w 1974 punk rockowa kapela The Ramones. Sama kurtka została wymyślona już w 1928 przez Irvinga Schott'a, który został poproszony o zaprojektowanie kurtki dla motocyklistów. Jej pierwotna nazwa Perfecto (to właśnie model Perfecto 618 nosił Marlon Brando w Dzikim) niestety się nie przyjęła i dopiero w latach 70-tych dzięki członkom zespołu The Ramones, dla których kurtka była nieodłączym elementem ubioru, do tego stopnia, że wręcz stała się ich głównym znakiem rozpoznawczym,  została  ramoneską.




źródło pinterest.com


Z biegiem lat kurtka stawała się coraz bardziej popularna. W 1987 pojawił się w niej Michael Jackson na okładce krążka "Bad, a w 1988 Madonna w kultowej kurtce staje przed obiektywem Herb'a Rittsa. Natomiast do wielkiego świata mody kurtka weszła za sprawą francuskiego projektanta Jean Paul Gaultier'a, który w swojej kolekcji z 2009 roku inspirował się właśnie bikerami, punkami i rockersami. 


źródło pinterest.com

Jean Paul Gaultier
źródło elle.com



Dzisiaj ciężko byłoby sobie wyobrazić obecną modę bez kultowej ramoneski. Noszona przez muzyków, celebrytów, motocyklistów, przedstawicieli różnych subkultury, jak również lansowana na światowych wybiegach. Pojawia się w ofercie sieciówek, a także na łamach kolorowych magazynów. I chociaż miksowana i interpretowana jest na wiele sposób, dalej jest synonimem buntu i niezależności, który po wsze czasy pozostanie już kojarzony z bikerami i rockandrollem. 




Saint Laurent fall 2014 Ready-to-wear
źródło voque.com




Saint Laurent fall 2015 Ready-to-wear
źródło voque.com



Isabel Marant fall 2010 Ready-to-wear
źródło voque.com




Phillip Lim Fall Winter 2013/2014
źródło pinterest.com



Anthony Vaccarello Fall 2013 Ready-to-wear
źródło voque.com

1 /2 / 3






                            


                            Zacne grono okularników powiększyło się o nowy nabytek. Wybór nie był łatwy, tym bardziej, że odwiedzając sporą ilość salonów optycznych w 90% personel nie był w stanie kompletnie mi nic doradzić. Jestem tym trochę rozczarowana dlatego, że to właśnie od praowników salonów optycznych oczekuje pomocy w odpowiednim dobraniu oprawek do kształtu twarzy itd. W salonach personel pokzywał mi te oprawki, które mnie wydawały się ciekawe, niestety samemu kompletnie mi nic nie proponując. W zasadzie w salonie w którym dokonałam zakupu, dziewczyna starała się chyba najbardziej. 
                                Jak każda kobieta mam swoje kompleksy, których nie widzi nikt poza mną. Moje dotyczą kształtu twarzy, mam prostokątny i bardzo mnie to wkurza:) dlatego szukałam oprawek, które nie uwydatnią jeszcze bardziej tej kanciastości.  Ale z braku profesjonalnej pomocy nie wiem, czy oprawki są odpowiednio dobrane. Mam nadzieję, że to kwestia przyzwyczajenia, bo jednego dnia czuję się w nich naprawdę fajnie, drugiego wydaje mi się, że kompletnie do mnie nie pasują i mi nie leżą. Generalnie kiedy je przymierzałam leżały na nosie trochę inaczej, natomiast po zrobieniu szkieł idą mi nieco do góry. Nie wiem czy to standardowa sytuacja, gdyż ostatnie okulary miałam jakieś 20lat temu! No cóż takie oto kobiece rozterki. 

                        Na szczęście chociaż jedno na dzień dzisiejszy jest pewne, w końcu wszystko widzę!:)








koszula Second Hand
kurtka H&M
mom jeans Zara

photo Daniel



                                             




                     
Pomimo tego, że sukienka jest najbardziej kobiecym elementem damskiej garderoby często przysparza nam wielu problemów odnośnie jej stylizacji. Ja sama w swoich codziennych wyborach raczej unikam sukienek wybierając drogę na skróty i zakładając spodnie, które jak wiemy zawsze się sprawdzą. Z sukienkami mam ten problem, że w klasycznych wersjach czuje się zbyt elegancko, a nawet wręcz biurowo, natomiast w tych zwiewnych, kwiecistych zbyt dziewczęco, wręcz infantylnie. W asortymencie sieciówek jest też wiele propozycji sukienki casualowej, niestety pomimo naprawdę dużego wyboru ciężko mi znaleźć coś w moim (rockowym) guście. Problemem jest dla mnie również kwestia dobrania do sukienki dopowiedniego obuwia. Bo chociaż jestem fanką obcasów trzeba jednak powiedzieć głośno, że nie są to najwygodniejsze buty świata i często nie sprawdzają się w typowo miejskiej wersji.

Dlatego pogodziłam się już z myślą, że wbrew obiegowej opini, że sukienka powinna być w szafie każdej kobiety, to niestety nie każdej kobiecie ona pasuje. Przykładem jest wiele światowych ikon, którym z sukienką jest nie po drodzę. Charlotte Gainsbourg, której styl uwielbiam, jest dla mnie właśnie takim przykładem. Chociaż widywana w sukience, to jednak większość napewno się zgodzi, że to jednak spodnie są jej drugą skórą. Ja mam podobnie, ale widmo kolejnego (mam nadzieję!) upalnego lata przechodzonego w spodniach, nie napawa mnie już takim optymizmem, dlatego sukienkę wciąż traktuje jak mocne wyzwanie, które postanowiłam ugryźć już w marcu. Zatem dzisiaj prezentuje Wam mój pomysł na zwiewną, letnią sukienkę, którą w wersji na cebulkę można wykorzystać także poza sezonem wakacyjnym. Próbując zachować elementy swojego stylu postawiłam na czerń, która w moim odczuciu nieco złamała delikatność tej sukienki, oraz klasyczną marynarkę i oczywiście obcasy dzięki którym zestaw nie wygląda zbyt dziewczęco. Wyszło nieco formalnie ale jednak z odrobiną luzu. I chociaż nie jestem jeszcze w 100% przekonana do samej sukienki, to nie czułam się w tym zestawie sztucznie i nienaturalnie, a to już połowa sukcesu. Bo wszelkie stylizacyjne ograniczenia są tylko w naszej głowie i pewnie, że należy je zwalczać, ale myślę, że nie należy robić tego kosztem swojej naturalności, bo takie rozwiązanie nawet w najbardziej przemyślanej stylizacji niestety się nie obroni. 




                                   








spodnie/sukienka/marynarka Second Hand

photo Daniel









                            Kiedy mając 16ście lat zaczynałam szwendać się po lumpeksach, jeszcze wtedy robiłam to w ukryciu chowając się po bramach z obawy, aby czasem nie wpaść na kogoś znajomego. Były to czasy kiedy odzież używana była synonimem odzieży taniej, co jednoznacznie wiązało ją z powszechną opinią tej "gorszej". Ot ubrania dla biedoty i do tego na wage. Były to również czasy kiedy wybór ubrań dla większości z nas był mocno ograniczony (chyba, że ktoś miał to szczęście, że miał mamę krawcową, albo ciocię z Ameryki) dlatego wszyscy wyglądaliśmy podobnie, pokoleniowo w spadku ścierając ubrania do zera. Ja natomiast, w czasach, w których trendy dyktowały miejscowe giełdy i bazary, zawsze chciałam się wyróżniać, a że miałam tylko te chęci, bo z możliwościami finansowymi byłam na bakier, zaczęłam szukać alternatywy, którą dawała odzież używana z importu.


                                  
Z czasem odkryłam, że był to również idealny sposób na moją młodzieńczą flustrację, bowiem szperanie między wieszakami bardzo mnie relaksowało i poprawiało mi humor przyjamniej na te kilka chwil. Z perspektywy czasu myśle, że był to także okres mojej największej kreatywności jeśli chodzi o modę. Paradoksalnie przy mniejszych zasobach człowiek ma większą motywację do stworzenia czegoś fajnego. Zatem traktowałam to jak swego rodzaju misję, którą nie jako kultywuję do dzisiaj, bo uważam, że fajnie jest komponować zestawy wykorzystując stale te same rzeczy, ale za każdym razem pokazywać je w innej odsłonie.
                                  
Zatem moja przygoda z modą tak naprawdę zaczęła się w lumpeksach. To tam odkrywałam światowe marki. To stamtąd wyniosłam pierwsze stylizacyjne pomysły i eksperymenty. Tam odkrywałam swój styl oraz zamiłowanie do ubrań z duszą, zwłaszcza z minionych epok. Z czasem doszła również kwestia związana z odkrywaniem muzyki grunge i stylu jaki się w nią wpisuje. Alterntywa, oryginalność, bunt, rock, grunge i second hand, który nie miał już nic wspólnego z brakiem finansów, bo z czasem stał się ideologią, z którą mocno się utożsamiałam i której znamiona są ze mną do dnia dzisiejszego.
                               



                               
                  Dlatego wciąż niezmienie kupuje w lumpeksach i wciąż kierują mną te same pobudki, którymi kierowałam się te 20lat temu. Nie czuję się z tym źle, a wręcz przeciwnie wierze, że mam szósty zmysł do takich zakupów. Pewnie, że oglądając rzeczy na wieszakach choćby w Zarze zdarzyło mi się pomyśleć, że ja kupuje same łachy, bo rzecz nowa, odfoliowana prosto z dostawy prezentuje się naprawdę okazale. Jednak jak się okazuje te rzeczy po pierwszym praniu często wyglądają dużo gorzej niż te moje wyszperane łachy. Dlatego z wiekiem doszła też pewna świadomość konsumenta. 

Po pierwsze w lumpeksie za niewielką cenę mogę dostać napawdę dobrą jakość, a nawet jeśli nie zawsze jest ona spektakularna to i tak mam poczucie, że nie została przepłacona, jak to się często zdarza w sieciówkach. 

Po drugie aspekt ekologiczny, nie dokładam matce naturze kolejnych, dodatkowych kilogramów poliestru. 

Po trzecie mam o wiele większę szanse trafić na coś naprawdę oryginalnego, dzięki czemu mam pewność, że żadna Kowalska spotkana na ulicy nie będzie wyglądała tak samo. 

I po czwarte prawda jest taka, że kupuje w lumpeksach bo po prostu bardzo to lubię.