Czy w życiu przeciwieństwa się przyciągają, uzupełniają? czy jednak wręcz przeciwnie? Razem z Danielem sporą część czasu spędzamy w samochodzie, w którym zawsze towarzyszy nam muzyka, często ta sama, wspólna, ulubiona. Kochamy te same rzeczy, lubimy te same filmy, myślimy w podobny sposób, choć każdy z nas jest inny. Mamy za to dwa różne charaktery, które w wielu kwestiach szukają kompromisu. Czasami jest walka na noże, czasami po prostu składamy broń. Dlatego myśle, że bez wspólnego mianownika, jakim może być pasja, muzyka, sposób na życie itd, czyste przeciwieństwo się nie obroni. Bo fajnie jest czasem wejść w dyskusję i spojrzeć na coś z zupełnie innej perspektywy. Ale jeszcze fajniej jest nic nie mówić i wiedzieć, że ta druga osoba dokładnie wie co czujesz i co masz na myśli. 

                                     
                                 Dzisiejsza stylizacja również zbudowana jest na zasadzie przeciwieństw, ale ma jeden wspólny mianownik, czerń, która fajnie ją spaja w jedną całość. Bo harmonie można odnaleźć we wszystkim, trzeba tylko obrać właściwy punkt zaczepienia. 









koszula Second Hand
spodnie Cropp
kurtka Mango

photo Zielony Wąż



                                              



                                    Do dnia dzisiejszgo koszula flanelowa kojarzy mi się w koloniami organizowanymi przez zakład pracy mojego taty. Lata 90-te, dostawaliśmy wtedy ręczniki, paczki, i właśnie te koszule. Wtedy ich nie lubiłam bo były synonimem klasy robotniczej, a teraz te swoją uwielbiam, właśnie dlatego, że to nie sieciówkowy dizajny, tylko ta sama, 100%  koszula pracownicza, którą dostaje się w inwentarzu służbowym. Te koszulę dostał Daniel x lat temu na jednym z sosnowieckich zakładów. Pokazywałam ją już wiele razy i chociaż ma już swoje wysłużone lata, jak dla mnie to fajny sentyment i totalny oldschool, a właśnie tego szukam w ubraniach.










koszula flanelowa z Bitronu
spodnie Zara
kurtka Mango

photo Zielony Wąż





                                         


                        Pisałam o tym już wiele razy, ale przy tych zdjęciach ta myśl przyszła do mnie kolejny raz. Przedostatnie zdjęcia nie wyszły nam ciekawie, dlatego nie zostały opublikowane. Przeglądając materiał próbowałam rozłożyć ten fakt na czynniki pierwsze. Co poszło nie tak? Okazuję się, że brak pewności siebie. Przychodzi taki dzień, że bez względu na to, co założymy na siebie, patrząc w lustro po prostu coś nie gra. Wtedy właśnie tak było. Niby wszystko pasowało do siebie, włosy się ułożył, makijaż też nawet wyszedł, ale zbrakło tego czegoś, zabrakło poczucia że te ciuchy są jak moja druga skóra. Bo w ubraniach musimy czuć się dobrze, komfortowo, bez względu na to, czy zestawy podobają się innym, czy są w trendach itd. "Druga skóra" daje nam pewność siebie, poczucie seksapilu, sprawia, że dzień można faktycznie przeżyć inaczej. I być może z jednej strony to płytka analogia, ale w dni, w które nie mam czasu na porządny makijaż, czy muśnięcie koszuli żelazkiem, nie mam cierpliwości do ludzi, bywam niemiła, opryskliwa, zamknięta w sobie i wierzcie mi na słowo, wtedy byle poczciwa kobicina w kiosku może stać się moim wrogiem numer jeden! 
                    A Skąd wiedziałam, że tym razem zdjęcia będą mi się podobały ? bo wychodząc z domu mojemu zerknięciu w lustro towarzyszyła jedna, jakże wymowna myśl, "kurwa to jest to". 













płaszcz H&M
koszulka no name
spodnie Zara

photo Zielony Wąż



                                         

                                   

                                         Dla wielu z Was nie będzie to żadne odkrycie, ktoś inny stwierdzi, że jak to "tylko tyle?", choć równie dobrze może to być "aż tyle". Jedno jest pewne, w temacie włosa napisano już chyba wszystko. Więc i ja Ameryki nie odkryje, ale mogę podzielić się z Wami moim doświadczeniem w tej kwestii. 

                                          Jeszcze w styczniu, dokładnie tu, narzekałam na kondycję mojej czupryny. Na zdjęciach widać, że włos był szorstki, matowy, przesuszony i przerzedzony. Od kiedy zaszłam w ciąże ich stan spędzał mi sen z powiek, bo wtedy tak naprawdę wszystko się zaczęło. Ciąża wyssała ze mnie wiele, co odbiło się przede wszystkim na włosach. Z gęstej czupryny zrobiło się kilka strąków, które niczym nie przypominały dawnego wyglądu. Wypadały garściami, bez opamiętania, bez pytania, bez zapowiedzi. Tym sposobem z dnia na dzień, z fajnych długich włosów została garstka kłaczków nie do odratowania. Zatem obciełam je na krótko. Nie była to fryzura marzeń, dlatego podjęłam wyzwanie aby ponownie je zapuścić. Trwało to jakieś 4lata. Włos nie chciał wrócić do stanu pierwotnego, ponoć to kwestia hormonów, ale nie chciałam się poddać, bo nie chciałam być wieczne niezadowolona ze swojego wyglądu. 
                                 Zatem próbowałam wszystkiego. Olejowanie: olej kokosowy, z avokado, marakui, arganowy, łupianowy, słonecznikowy i co tylko było pod ręką. Piłam siemienie lniane, zmielone dodawałam również do wszelkich potraw, także była tego spora ilość. Olej lniany też piłam, w końcu jak w bólu, to w bólu. Łykałam Biotebal, Skrzypovite, piłam Galacet, pokrzywę, robiłam wcierki, maseczki i cuda wianki. Do tego masa szamponów i cudotwórczych masek, odżywek, pianek ect. Siegałam po produkty drogeryjne, jak również te profesjonalne, stricte fryzjerskie (czytaj DROGIE!) i co? i nic drogie Panie, kompletnie nic. Nie pomogło również systematyczne podcinanie suchych końcówek, bo cóż z tego jak włos, który odrastał był wciąż w złej kondycji? Gdy zawiał wiatr, nie rozwiewało czupryny, a raczej porywało całą strzechę. Dramat.
                                           Po wielu męczarniach zdezerterowałam podejmując próbę zaprzyjaźnienia się z tym gniazdem, uwitym z kilku suchych gałązek. I wtedy przyszedł ratunek, równie niespodziewanie co wcześniejsza utrata włosów. Otóż moja córa jest strasznym niejadkiem, siedząc więc któregoś wieczora i wertują kulinarne fora dla dzieci, wpadłam na rzodkiewkę. Tak właśnie, tę zwykłą, powszednią rzodkiewkę, którą znajdziemy nie dość, że w każdym warzywniaku, to o każdej porze roku. 
                                             Otóż drogie Panie, jak się okazuję ta właśnie rzodkiewka wzmacnia paznokcie i zapobiega wypadaniu i łamaniu się włosów! Zniechęcona porzednimi próbami, stwierdziłam, że skoro nie pomogły mi produkty na które wydałam krocie, to jakim cudem ma mi pomóc rzodkiewka za 1,50zł?
                                                   Pełna wątpliwości postanowiłam jednak spróbować. W zasadzie nawet trochę nieświadomie, odruchowo zjadałam 3małe główki dziennie zapominając kompletnie po co to robię. Lubię rzodkiewkę, więc potraktowałam ją czysto spożywczo, a nie zdrowotnie. Jakież było moje zdziwinie, gdy po dwóch miesiącach systematycznego jedzenia zauważyłam, że w ogóle nie łamią mi się paznokcie. W pierwszej minucie nie skojarzyłam tego faktu z jedzeniem rzodkiewki, do momentu umycia głowy. Otóż przyzwyczajona do tego, że wypadają mi włosy, aby nie popaść w jeszcze większe przygnębienie, przestałam w ogóle patrzeć na ilość jaka zostaje w siutku po każdym ich myciu. Zgarniałam, wyrzucałam i już, nie zwaracając szczególnie uwagi na to, czy ich ilość się zmniejsza. Aż tu naglę w wannie nie było ANI JEDNEGO WŁOSA!  Szok, drogie Panie. Ostatnia moja wizyta u fryzjera tylko potwierdziła tę teorię. Nie dość, że wlosy są w o wiele lepszej kondycji, mniej ich wypada, to jeszcze jest mase tzn "babyhair". Sama kuracja bajecznie prosta i zdrowa. Pęczek za 1,50zł/2zł to trzy dni, po średnio 2/3 główki dziennie. Czego chcieć więcej!
                                          Zresztą nie będe Was przekonywać bo zdjęcia mówią same za siebie, włosy lśnią, żyją, są miękkie, gładkie i zapewniam, że nie jest to photoshop, ani kwestia słońca. To poprostu "tylko" i "aż" rzodkiewka. Same spróbujcie, myśle, że efekt nie jedną z Was naprawdę zaskoczy. 












spodnie Zara
kurtka Mango
koszula Cropp
buty H&M

photo Zielony Wąż





                                            

                       Czy nastrój wpływa na barwy, czy to barwy wyzwalają nastrój? Jakkolwiek nie zabrzmiała by teza, widzę, że w sercu odnajduje spokój i coraz bardziej odkrywam w nim radość. Kiedyś zależało mi na intensywności życia. Myślałam, że kiedy to życie będzie zabiegane, od spotkania do spotkania, imprezy, praca, doświadczanie, przeżywanie, szukanie bodźccu itd. to wszystko będzie atrakcyjniejsze, bardziej radosne, szczęśliwsze. Bo wiecie... wciąż przewijają się nam obrazki na szklanym ekranie, ktoś pojechał tam, był tu i ówdzie, a Ty? A ja najpierw uczę się przeżywać z radością to, co codzienne, by później móc jeszcze bardziej czerpać radość z każdego większego czynu.












spodnie momjeans/ Zara
srebrna bomberka no name
sweter, pasek/ Cropp
botki CCC

photo Zielony Wąż